Śmierć i humanistyka, czyli przyczynek do okupacji uniwersytetu
Magda Nawisielska

Kto pisze – penetruje.

Kto czyta – ulega.

Quignard

W tekście The Future of the Profession or the Unconditional University (Thanks to the “Humanities,”What Could Take Place Tomorrow) Jaques Derrida definiuje uniwersytet jako miejsce całkowitej autonomii i bezwarunkowej wolności1. Uniwersytet bezwarunkowy – pisze Derrida – to miejsce, którym rządzi prawo do powiedzenia wszystkiego, niezależnie czy dotyczyć to będzie fikcji, czy eksperymentów na polu wiedzy, krytyki demokracji w obecnym kształcie, czy krytyki tradycyjnej idei krytyki. Jest więc miejscem różnym od instytucji badawczych służących takim czy innym celom ekonomicznym czy interesom. Uniwersytet bezwarunkowy nie istnieje, jest ideą, zdradzaną od wieków, o której urzeczywistnienie trzeba walczyć, i w której urzeczywistnienie trzeba wierzyć. Samo-prezentacją bezwarunkowości jest dla Derridy humanistyka, której rolą powinno być wytwarzanie ‘kultury kwestionowania i oporu’ celującej w ideologie, instytucje, praktyki, które powstrzymują realizację wizji uniwersytetu bezwarunkowego.

Tekst ten jest raczej próbą wyznania wiary w humanistykę jako sztukę myślenia i podważania utartych schematów oraz zachętą do przekucia jej w praktykę urzeczywistnienia uniwersytetu bezwarunkowego, niż metodyczną argumentacją na rzecz konieczności takowej praktyki. Ale przede wszystkim jest próbą zrozumienia przyczyn braku oporu absolwentów kierunków humanistycznych wobec logiki myślenia w kategoriach narzuconych przez rynek, prowokacją do zmiany modelu nauczania humanistyki, która w swojej obecnej instytucjonalnej formie – modeluje i gratyfikuje postawy bierności i podporządkowania. A więc ostatecznie jest prowokacją do reformy uniwersytetu i kształcenia humanistycznego.

Wśród 21% bezrobotnych absolwentów najwięcej jest absolwentów humanistyki. Służalczy wobec kapitalistycznego systemu ekonomiści z przekonaniem stwierdzają: winna jest edukacja humanistyka, która obniżyła standardy, produkując siłę roboczą niezdatną do wykorzystania na pokryzysowym rynku pracy. Z wypowiedzi zaprawionych w boju o liberalny raj ekonomistów, ministrów, pracodawców wypowiadających się choćby w kontekście debaty „Stracone Pokolenie” możemy się dowiedzieć, że lekarstwem na problem bezrobocia jest rezygnacja młodych z wszelkich ambicji, które nie są w stanie zaspokoić wymagań rynku pracy. Remedium to można by przekuć w jakąś zgrabną maksymę „pragnij dziś tego, czego rynek będzie pragnął jutro”.

Lacanowska analiza podmiotu pragnienia pokazuje, że pragnienie jest zawsze zapośredniczone przez pragnienie Innego (dominującej ideologii czy szerzej dyskursu). Znaczy to mniej więcej tyle, że nie jesteśmy w stanie pragnąć czegoś, co nie zostało nam przedstawione jako warte pragnienia. Rodzic entuzjastycznie zachęcając dziecko do zjedzenia ciastka z truskawkami, żeby posłużyć się przykładem przywoływanym przez Żiżka, wytwarza w dziecku pragnienie ciastka z truskawkami. Kluczowe dla wytwarzania pragnień są dwa elementy: obiekt jako przyczyna pragnienia i emocjonalna manifestacja możliwości osiągnięcia satysfakcji z posiadania obiektu (afirmacja obiektu). Obiekt wprowadza w ruch fantazje, obietnica satysfakcji zachęca do libidynalnej inwestycji w realizacje fantazmatycznego scenariusza osiągnięcia tego obiektu. Ale status obiektu jako przyczyny pragnienia jest wyłącznie wyobrażeniowy. Obiekt, dla pragnącego podmiotu, nie istnieje materialnie, nie jest konkretnym elementem jakiegoś przedmiotu, konkretną cechą jakiejś osoby, jest raczej substytutem ‘tego czegoś’ nieokreślonego w samym pragnącym podmiocie, co domaga się niemożliwego zaspokojenia.

Konsumpcjonizm, łudząc obietnicą satysfakcji osiąganej poprzez posiadanie konkretnego materialnego przedmiotu notorycznie przesłania fakt, że pragnienia człowieka nie można ostatecznie usatysfakcjonować. Obietnica szczęśliwości jest iluzją napędzającą sprzedaż towarów, która skutecznie odciąga uwagę od tego, że ilość twórczej pracy, jaką musimy włożyć, żeby zaspokoić stymulowane zewnętrznie pragnienia, jest nieproporcjonalna w stosunku do osiąganej satysfakcji życiowej. Wytwarzane przez rynek pracy scenariusze realizacji fantazji kreowanych przez przemysł reklamowy traktują człowieka jak małą zasilającą go bateryjkę, której zadaniem jest utrzymanie systemu przy życiu. Kosztem, jaki trzeba ponieść, żeby utrzymać ten irracjonalny, samoafirmujący się mechanizm, jest rezygnacja z wolność do realizacji tych pragnień czy postaw życiowych, których nie można sprzedać.

Pytanie, jakie należy postawić, brzmi: dlaczego przychodzi nam to z taką łatwością? Dlaczego absolwenci polskich szkół wyższych miast walczyć o własną wizję życia, z pokorą poddają się warunkom dyktowanym przez rynek? Nie mają innej wizji? Dlaczego uniwersytet, a przede wszystkim humanistyka, rozumiana jako sztuka penetracji obszarów ludzkiej twórczej aktywności, najczęściej nie jest Innym stymulującym inne niż neoliberalne pragnienia, inne niż pragmatyczne postawy życiowe?

Pierwszym przykazaniem Akademickiego Kodeksu Wartości przyjętym przez Senat UJ w 2003 r. jest obowiązek służenia prawdzie, dla której przeciwieństwem jest – jak czytamy – „nie tylko jawny fałsz, ale wszelkie półprawdy, mniemania i zwykłe przesądy, drapujące się w szaty rzekomej pewności, a wyrażające ideologiczne założenia oraz koniunkturalne oczekiwania, zgodne ze złożonym zamówieniem spoza nauki”2. Więc jaka jest prawda humanistyki? Czy rzeczywiście o humanistyce uprawianej na polskich uniwersytetach można, za Derridą, powiedzieć, że jest ‘samo-prezentacją bezwarunkowości’?

Humanistyka jako ‘samo-prezentacja bezwarunkowości’, jako praktyka myślenia wbrew schematom, nieustannego ponawiania pytania o ‘sposoby / formy ludzkiego życia’ obok niezinstytucjonalizowanej sztuki, byłaby ucieleśnieniem możliwości realizacji ludzkiego potencjału nie napędzanego przez obietnicę osiągnięcia materialnego obiektu. Prawda, jaka wyłania się z humanistyki, nie ma nic wspólnego z treścią formułowanych poprzez poszczególnych autorów prawd cząstkowych, których sprzeczność wręcz napędza ruch humanistyki. Prawdą humanistyki jest samruch idei, który – aby pozostać ruchem – musi nieustannie wydobywać nowe znaczenia, realizując twórcze przeznaczenie samej humanistyki. Humanistyka może istnieć tylko o tyle, o ile nie wyczerpuje odpowiedzi na pytania, które zadaje, czyli – mówiąc inaczej – humanistyka jest wydobywaniem prawdy (w sensie Heideggerowskim), której ostateczne wydobycie i zawłaszczenie jest niemożliwością.Uprawiać humanistykę, to być w nieustannym intelektualnym ruchu, stawiać aktywny opór wszelkim przejawom skostnienia. Uprawianie humanistyki to pasja do życia tożsama ze śmiercią na neoliberalnym rynku pracy zmuszającym do intelektualnej prostytucji.

Stąd, gdy zinterpretować problemy absolwentów humanistyki na rynku pracy, w kontekście wyżej zarysowanej prawdy humanistyki, okaże się, że wynikają one ze sprzeczności oczekiwań między pracodawcami szukającymi specjalistów posiadającychwiedzę a konstytutywną humanistyce niemożnością posiadania ostatecznej wiedzy. Argumentacja taka być może miałaby uzasadnienie, gdyby nie fakt absolutnej bierności absolwentów humanistyki, który stoi w sprzeczności z humanistycznym aktywizmem na polu idei. Dlatego, kiedy mówimy o absolwentach humanistyki, to tak naprawdę nie mówimy o humanistach (ludziach uprawiających humanistykę, a więc podtrzymujących życie samej humanistyki, a więc realizujących się w wydobywaniu prawdy, a więc stawiających aktywny opór wszelkim próbom wstrzymywania ruchu wydobywania na rzecz posiadania), lecz o „produkcie” edukacji humanistycznej, o której / którego jakości rzadko można powiedzieć coś dobrego.

Uprawianie humanistyki akademickiej najczęściej przypomina raczej sztukę moszczenia sobie miejsca w strukturze uniwersyteckiej, w małym elitarnym grajdołku, sztukę wzajemnego, przyjemnego łechtania się poprzez cytowanie, interpretowanie, przeformułowywanie, promowanie siebie samych albo siebie nawzajem, niż sztukę wydobywania wiedzy; sztukę doskonale opanowanej techniki odtwarzania bez nuty osobistego zaangażowania. Humanistyka akademicka podaje nudną, papkowatą intelektualną strawę transferowaną przez akademickie wcielenia reguł bezosobowej naukowości, kelnerów wiedzy, którzy z pozycji pozornego sługi władczo gospodarują dostępną przestrzenią, dyrygując w takt uprzednio rozpisanej partytury. A wszystko to polane zimnym sosem post-katolickiej przyzwoitości i tzw. kultury osobistej, wymuskania i patosu podtrzymujących arystokratyczność arystokracji ducha.

Brak entuzjazmu wykładających przekłada się na brak entuzjazmu słuchaczy. Brak entuzjazmu słuchaczy pozbawia entuzjazmu wykładających. Człowiek wytwarza człowieka. Przymyka się oko na instytucjonalny gwałt na humanistyce, utrwalając w studentach przekonanie, że, żeby móc chwalić się wy-kształceniem humanistycznym, wystarczy wykuć formułkę, odtworzyć tok myśli autora, wiedzieć „gdzie?” i „jak?”, nie pytając „po co?”. Co to w ogóle znaczy wykształcony humanista? Żywe muzeum obcych myśli? Wy-kształcać, to odkształcać studenckie ciało podług własnej formy. Wy-kształcać to, przede wszystkim, reprodukować formy / metody uprawiania wiedzy. Uległy humanista nie jest produktem humanistyki, ale wy-kształcenia humanistycznego. Bierny humanista to produkt żywych trupów akademii, które gwarantują sobie własną nieśmiertelność, wypuszczając w świat klony obsadzające wszystkie szczeble edukacji.

Wytresowana namiętność, ów oksymoroniczny przejaw potulnego trwania na łonie akademii, to efekt lat tresury, jakiej jesteśmy poddawani przez kolejne wcielenia wersji ojcowskiego (katolickiego) prawa (pere-version), której zadaniem jest represjonować ciało, umysł i wolę. Hierarchiczność relacji, autorytaryzm, zrepresjonowana, zimna seksualność stanowią fundamenty polskiej kultury czule pielęgnowane przez przedstawicieli każdego stopnia edukacji.

Uprawiać humanistykę, to uwodzić pasją do humanistyki. Uwodzić z łac. se-ducereto, jak pisze Pascal Quignard, odwodzić na stronę, zabierać do własnego świata bez pretensji do zniewalania. Postawa humanisty jako aktywisty na polu idei stoi w sprzeczności i z postawą „kelnera wiedzy”, i – ogólnie – z logiką kapitalizmu. Jest dziurą na styku dwóch ideologii – miejscem, które odsłania naiwna wiarę w neoliberalną wolność i zdziera zasłonę głupoty z kazalniczego patosu. Subwersywny potencjał humanistyki, kryje się w namiętnej pasji jej uprawiania, która w „aseksualnie promiskuitycznym” (Debord) otoczeniu może zrobić więcej pozytywnego spustoszenia niż arsenał argumentów za zniesieniem kapitalizmu. Namiętność, pasja to pozawerbalne manifestacje wiary w sens penetracji sztuki myślenia, a więc sztuka życia poza pewnością cechującą specjalistów „w dziedzinie życia”.

Zniesienie ojcowskiego prawa, czyli zniesienie naporu struktury symbolicznej (dominującego dyskursu, ideologii) nie jest możliwe wyłącznie poprzez niekończącą się interpretację symptomów, teoretyczne opracowywanie argumentów na nowo obnażających absurdalny mechanizmu funkcjonowania kapitalizmu, patriarchatu itd. Nie wystarczy nowy język, którym owe absurdy będziemy mogli uchwycić i rzetelnie wyłożyć. „Jest rzeczą bardzo trudną, a być może całkowicie nieosiągalną, zwalczenie skutków „prania mózgu” za pomocą argumentacji”3 – pisał filozof nauki Paul Feyerabend. Dlatego, za sytuacjonistami trzeba chyba (wreszcie!!!) przyznać , że „nie ma możliwości abyśmy rewolucję życia codziennego przeprowadzili środkami ascezy”4.

Kolejna re-definicja podmiotu czy re-definicja obrazu świata same w sobie nie zre-formują kapitalistycznej rzeczywistości. Nie kończące się teoretyczne opracowywanie problemu jest raczej kompensacją lęku przed podjęciem radykalnych działań. Lęku całkowicie uzasadnionego, biorąc pod uwagę fakt, że rewolucyjne działanie to rodzaj przerażającego, acz, zdaniem Kierkegaarda, konstytutywnego wolności „skoku w pustkę”. Re-definiować to zmieniać znaczenie definicji bez naruszenia sztywnej struktury, która wszelką definicję funduje. Projektowanie konkretnych wizji możliwej rzeczywistości i próby realizacji tej wizji narażone są na los wszelkich prób dościgania ideału. Benjaminowski Anioł Historii, którego ruch do przodu (postęp) napędzany jest przeszłą wizją raju, zostawia za sobą / przed sobą zgliszcza i trupy – ofiary wizji, w którą jest wpatrzony, ofiary poniesione w imię realizacji tejże wizji.

Re-formować to nadawać nowy kształt rzeczywistości. W tym sensie re-forma nie jest prostą transgresją prawa, ale musi wywodzić się z jego zawieszenia, czyli zawieszenie struktur, które formują świat już utrwalony, zawieszenia znaczenia wszystkich wypracowanych definicji. Mówiąc inaczej, warunkiem koniecznym zmiany porządku symbolicznego jest trauma, ab-sens, rodzaj szaleństwa otwierającego możliwość uformowania nowej struktury. „Czyny nie słowa” – krzyczały sufrażystki i przechodziły do czynu. W tym kontekście można pomyśleć re-formę uniwersytetu jako konieczność zawieszenia jego funkcji, wyciągnięcia wtyczki aparatury sztucznie podtrzymującej życie.

Krystian Szadkowski i Paweł Pieniążek wskazują dwa przykłady emancypacyjnego ruchu studenckiego: uniwersytet uliczny i okupację. Okupacja uniwersytetu wydaje się mieć tą przewagę nad uniwersytetem ulicznym, że ma potencjał odsłonić arbitralność, na której ten pierwszy jest ufundowany, odsłonić realny brak przesłanek do zarządzania wiedzą. Uniwersytet jako fabryka wiedzy zasługuje na swoją traumę. Z drugiej strony sam akt przejęcia kontroli byłby świadectwem odwagi i wiary (w Zdarzenie w sensie Badiou?) w możliwość przebudowania rzeczywistości, a i doskonałym probierzem dla możliwości wspólnego przepracowywania problemów, rozwiązywania konfliktów, metodologii pracy w zespołach itd. Byłby to także rodzaj swoistej spłaty długu wobec pokolenia ’89 i późniejszych, którym brakuje żywych przykładów manifestujących wiarę w sens buntowania się. No bo jakie mamy podstawy do krytyki pokoleń po-transformacyjnych, skoro równie spolegliwie godzimy się na warunki, jakie proponuje instytucja? Człowiek wytwarza człowieka. „Student – pisał Mustapha Khayati – nie może się buntować przeciw niczemu, jeśli nie zbuntuje się jednocześnie przeciw swoim studiom (…)”5.

Okupacja uniwersytetu to także przywrócenie miejsca humanistyce jako pasji do praktyki myślenia, która przecież ufundowała zachodnią akademię.

Teoretyzowanie nie jest w stanie zastąpić żywej praktyki, wcześniej czy później trzeba będzie powiedzieć „sprawdzam”. Czy nie? Szymborska popełniła kiedyś całkiem sensowne zdanie: „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Chcemy wiedzieć?

1 Derrida J., The future of the proffesion or the unconditional university, [w:]Deconstructing Derrida. Task for the new humanities, Palgrave Mcmillan, New York 2005, s. 21.

3 Feyerabend P., Przeciw metodzie, Wrocław 2001, s.24.

4 Fragment ankiety zamieszczonej w „Internationale situationniste” za: Debord G.,Społeczeństwo Spektaklu, Warszawa 2006, s. 15.

5 Miedzynarodówka Sytuacjonistyczna, „O nędzy w środowisku studenckim (…). Po polsku ten tekst jest m.in. w książce GW Rewolucje 1968 – Członkowie Międzynarodówki sytuacjonistycznej i studenci strasburscy, Uczynić hańbę jeszcze bardziej haniebną, rozgłaszając ją: o nędzy w środowisku studenckim rozważanej w jej aspekcie ekonomicznym, politycznym, psychologicznym, seksualnym a zwłaszcza intelektualnym i o kilku sposobach wydobycia się z niej, przeł. M. Kwaterko, Warszawa 2008.

Tekst pojawił się w książce “EduFactory – samoorganizacja i opór w fabrykach wiedzy”, dostępnej do pobrania ze strony Praktyki Teoretycznej .