(źródło: organ CRK)

„Gentryfikacja” obszarów miejskich, często łączona retorycznie i frazeologicznie z „rewitalizacją”, „rehabilitacją” i „rewaloryzacją” funkcjonuje w publicznym słowniku często na zasadzie słowa – wytrycha, terminu otwartego definicyjnie na interpretacje, nadawane często w sposób dość, by tak rzec, „liberalny”. Sam termin, jak podaje Wikipedia „wywodzi się od angielskiego słowa gentry (szlachta), chodzi tu zatem o rodzaj „nobilitacji” miejsca, nadania mu statusu”, ze względu na swój zakres może być on sklasyfikowany pod kątem „ekonomicznym, społecznym i symbolicznym (kulturowym)”. Autor pracy analitycznej dotyczącej „wpływu procesów rewitalizacji na przestrzeń województwa” z Instytutu Rozwoju Miast w Krakowie zagadnienie to przedstawia w sposób zdecydowanie bardziej szczery i bezpośredni: istota procesu przejawia się w „ponownej adaptacji starych śródmieść przez nowo powstałą klasę średnią”, której to „profil społeczny i ekonomiczny” ma stanowić czynnik determinujący określenie spektrum wdrożenia procesów gentryfikacyjnych i decydować o ich potencjalnościach na poszczególnych obszarach miejskich.

Gentryfikacja w Polsce, okiem laika, przybiera kilka podstawowych, łatwo zauważalnych operacyjnych postaci: przejmowania „strategicznych” ulic/dzielnic miejskich przez nieco wykoślawioną formę (postulowanej raczej niż realnej/istniejącej) „klasy średniej” – tutaj często siedzib różnych instytucji/przedsiębiorstw, wypierających mieszkańców z dotychczas zajmowanych środowisk miejskich oraz budowę tzw. „osiedli zamkniętych” – w obu przypadkach wyrwanych z miejskiego kontekstu/konkretu enklaw, nie będących de facto przestrzenią publiczną. W zasadzie odnieść się tu można do centrum każdego z większych miast, ulic tak pozbawionych waloru turystycznego, jak i przegęszczonych siedzibami banków, korporacji, ekskluzywnymi sklepami, na których to życie zamiera wczesnym popołudniem i problemem dla mieszkańców jest zaopatrzenie się w podstawowe produkty codziennej konsumpcji, nie wspominając o „oddalających się” geograficznie szkołach, przedszkolach, przychodniach. „Rehabilitacja” pociąga za sobą likwidację miejsc pracy w istniejących często od pokoleń małych sklepach czy zakładach – stanowisk, których nie stworzy okoliczny bank czy czterogwiazdkowy hotel, co zmusza mieszkańców „rewitalizowanych” dzielnic do, często dalekich, dojazdów do miejsca zatrudnienia. Stąd też całe dzielnice tracą swój wymiar jako środowiska dla życia funkcjonujących w nich społeczności. Żałosne wycie neoliberalnego lobby i jego rejtanizm nad „upadkiem życia kulturalnego” w zaniedbanych śródmiejskich dzielnicach znajduje swój realny wymiar i przełożenie w koncentracji na przejętych przez nie ulicach siedzib instytucji finansowych i organizacji wielkich imprez z udziałem żenujących gwiazdek kultury masowej – wydarzeń „kulturalnych, podnoszących prestiż miasta”. Proceder ten uskutecznia się często po plecach rzeczywistych artystów, przyciągniętych do danej dzielnicy niskimi czynszami, z czasem wypieranych przez inwestycje, bogatszych lokatorów oraz stabilne, wysokie ceny.
Wspomniany dyskurs nabiera już w warstwie frazeologicznej wymiaru ekskluzywistyczno – klasowego. Samo użycie terminów takich jak „rehabilitacja” czy „gentryfikacja” to odwołanie się do języka zahaczającego zbyt łatwo o rasistowską w klasowym ujęciu retorykę – retorykę „oczyszczenia”, „wyleczenia”, „uszlachetnienia” – oczywiście poprzez (mniej lub bardziej rozłożone w czasie) usunięcie elementów niepożądanych w postaci lokatorów mieszkań do tej pory komunalnych, osób starszych, gorzej uposażonych, tzw. „marginesu społecznego”, często w krzywdzący ich sposób wrzucanych do jednego worka pojęciowego „patologii społecznej”. Przy tej okazji ujawnia się wszechobecne sprowadzenie waloru społecznego do jego czysto ekonomicznego, czy może ekonomistycznego dyskursu, w którym to zawartość portfela oraz wartość w charakterze tzw. „kapitału społecznego” czy „kapitału ludzkiego” lokalnej społeczności ma znaczenie decydujące o wartości danej grupy w hierarchii społecznej. Marginalizacja wyżej wspomnianych grup, spychanie ich na gettoidalne przedmieścia, utrwalenie społecznych podziałów i dysproporcji rozwojowych posiada swój dodatni wpływ na rozwój patologii, anomii w socjalnym i środowiskowym wykorzenieniu, budowę ludzkiego składowiska „odpadów”, przemielonych przez procesy produkcyjne i jako wymienne przeniesionych na kompost jako ewentualna „rezerwowa armia kapitału”.

Zwolennicy w ten sposób pojmowanej gentryfikacji często podnoszą argument o dodatnim jej wpływie na „środowisko” „rehabilitowanej” okolicy: oczyszczenie jej z tzw. „meneli”, „pijaczków” – wyżej wspomnianego „marginesu społecznego”. Wszystko to w imię odnowy dewastowanych przez wyżej wspomnianych obiektów, które posiadają zazwyczaj znaczną wartości komercyjną i w efekcie – dehumanizacji i starcia „duchowego” wymiaru miejsca. „Zmiatanie pod dywan” i budowa getta odbywa się przy wsparciu władz miejskich, swoimi regulacjami obcinających metraż przysługujący lokatorom mieszkań komunalnych, wyprzedających atrakcyjnie położone budynki z przeznaczeniem na lokacje handlowe/hotele/apartamenty. To niejako drugie oblicze getta – zamkniętego eksterioru zamieszkałego wyłącznie przez yuppies, klasę „wyższą” i inne tego pokroju „elity społeczne”. Polityki tego sortu nie można nazwać nawet paliatywną wobec obszarów poddanych gentryfikacji – jej koszty społeczne, cenę spychania na obrzeża i reprodukcji nędzy, bardzo trudną do oszacowania, będzie trzeba prędzej czy później zapłacić. Skojarzenia z rozruchami na przedmieściach Paryża nasuwają się same – linie podziałów polskiego, jednolitego narodowościowo społeczeństwa, przebiegają na gruncie klasowym, a tu o konkluzje już nietrudno. W tym kontekście wychodzi na jaw absolutny brak planowej polityki w realny sposób rewitalizującej gentryfikowane obszary – polityki prawdziwej walki z bezrobociem, patologiami, kształtowania perspektyw życiowych i zawodowych dla mieszkańców tych dzielnic. Z drugiej strony uwidacznia się cynizm i hipokryzja przedsięwzięć o charakterze publiczno – prywatnym, gdzie władze w interesie kapitału uspołeczniają degradację społeczno – kulturalną, ukracając przy okazji „nadmierny popyt” na mieszkania komunalne poprzez postępującą redukcję ich zasobu, co oznacza pójście na rękę deweloperom i spekulantom, w sztuczny sposób zawyżającym ceny lokali i czynszów. W podobny sposób oddziałuje swoista komercjalizacja zasobu komunalnego, poddanego urynkowieniu w celu samofinansowania – poddanego w rezultacie rynkowym fluktuacjom i konkurencji z prywatnymi przedsięwzięciami budownictwa mieszkaniowego, która – z zasady – musi przegrać. Dzieje się tak poprzez masowe wyprzedaże mieszkań z dużymi bonifikatami, przez postępującą dewastację na granicy śmierci technicznej budynków komunalnych, poprzez wspomniane wyżej docelowe samofinansowanie – komercjalizację, wymazującą politykę prospołeczną z zakresu działań władz. Z drugiej strony wartościowe historycznie budynki, poddane działaniu tzw. „wolnego rynku”, wystawione są na ryzyko odpływu kapitału, co w przypadku kryzysu i wycofania się inwestorów może skutkować przemianą ich w rudery, niszczejące w erodującym społecznie centrum. Wszystko to odbywa się w dość typowej dla neoliberalnej propagandy atmosferze szczucia na siebie grup społecznych, wzajemnego obwiniania się o tzw. „postawę roszczeniową”, dramatycznie wysokich kosztów życia, spekulacji na rynku nieruchomości przy uprzywilejowanej pozycji lobby deweloperskiego – kosztem postępującego pomniejszania się szans życiowych szerokich warstw społeczeństwa, braku zaspokojenia ich podstawowych potrzeb, ich marginalizacji, gettoizacji i patologizacji.