Słowo na niedzielę: Nacjonaliści i usłużne media.
(autor – Wolny Wrocław: https://www.facebook.com/WolnyWroclaw)

————————————————————–
W ubiegły czwartek przeszła okolicami rynku demonstracja Solidarnych 2010 w obronie wrocławskich kiboli i narodowych radykałów. Wiadomo, że ta ekipa jest potencjalnie użyteczna dla prawicy smoleńskiej (jak pokazało demo – niezbyt licznej i wysportowanej), jak i dla reszty środowiska Marszu Niepodległości, które postanowiły zapunktować zarówno takim demem, jak i pomocą prawną po ostatnich wyskokach. Sami zainteresowani, czyli NOP i kibole WKSu – właściwie w osobach D.G. i R.Z., obserwującego ten swoisty hołd dla swojej osoby raczej z trybuny – odnieśli się do dema dość sceptycznie, a nawet lekko ironicznie. Nie przyszła rzesza zamaskowanych kiboli, bez rac czy zadym. Być może nikt by go nie zauważył, gdyby nie odtrąbiły go Gazety i nie towarzyszyła mu wielka mobilizacja policji, tak wielka jak na hasło „Narodowy” przystało.

A dlaczego? Bo NOP może mieć to w dupie. Wspomniani są wystarczająco zajęci budowaniem wrocławskiego układu nacjonalistyczno-przestępczo-kibolskiego, żeby mieszać się jeszcze w ogólnopolską politykę wciąż-za-mało-radykalnej prawicy, z której podśmiechują się na łamach swoich mediów, a która onanizuje się nimi po ostatnich wydarzeniach. I nie muszą się w nią mieszać, ani wysilać. Budowany w Polsce przez prawicę klimat stanowi rzekę, w której NOPowcy mogą swobodnie dryfować. Bo mimo prawicowych kompleksów na temat rządzącej w Polsce „komuny”, ten nurt stał się już dość powszechnym nurtem myślowym – który niby gdzieniegdzie ma cechy alternatywy do postaw kształtowanych przez neoliberalizm, niby ma stworzyć ruch antysystemowy, ale jest jak najbardziej z systemem pod rękę…

Okręt, na którym wrocławscy ekstremiści mogą płynąć, zapewniają im mainstreamowe media, wynoszące każdy ich wybryk do rangi sensacji, oburzające się i potępiające. Na codziennej obecności w mediach, którymi gardzą najbardziej – jak GW i TVN – zależy im najmocniej. Wcale nie zależy im na tym, żeby patrzyły na nich łaskawym okiem. To szok dla mediów, przyzwyczajonych do kontaktu ze sztabami PR różnych frakcji, ścigającymi się o ich sympatię i uwagę. Skołowane nadają nacjonalistom uwagę, siłę i pozycję – ulegając, stając się narzędziem pewnego wygodnego dla nich procesu.

Korporacyjne media mają narodowców za fajny temat, mogą bić na alarm zachowując absolutnie bierną postawę. Ten temat pęcznieje, przez nieustające wybryki pozostaje aktualny, dziennikarze mogą się odwoływać do dawnych tekstów i siebie nawzajem, gadające głowy mogą stawiać diagnozy, leci kasa od szpaltówki. Skutkiem poświęcania im takiej uwagi jest fakt, że sposób dyskusji przesunął się już w stronę akceptowania wypowiedzi, które jeszcze kilka lat temu by nie padały publicznie. Wszystko w myśl cechującej media zasady symetrii: skoro prawica twierdzą, że pokazujemy ciągle komuchów, udowodnimy naszą (pozorną) bezstronność pokazując również ją. Problem w tym, że pokazując w niezideologizowany na prawicową modłę sposób obecność innych opcji niż „jedyna słuszna”, i tak zostaną przez prawicę uznane za wrogie. Wszystko poza prawicowym podwórkiem – liberalne centrum, a nawet umiarkowana konserwa – ma dorobioną lewacką gębę. Media akceptują to, a jako przeciwwagę pokazują skrajną prawicę, która bez tego przesunięcia nie byłaby w zasięgu dyskusji.

Radykałowie, nie wahający się przed użyciem przemocy i retoryki pogromu, przy innej okazji dostają darmowy czas antenowy – a usłużne media kreują ich wizerunek pod ich dyktando. A że korporacyjne media piszą narracje z perspektywy swoich własnych interesów (interesów polityków i kapitału, z którymi większość społeczeństwa się nie utożsamia), dają tym samym przekornej prawicy – z jej „niepokornymi” dziennikarzami i hobbistycznym tropieniem układów – okazję do postawienia wszystkiego na głowie. I tak kolesie z mózgiem przeładowanym ideologią i agresją w jednej gazecie czytają o mieszczańskim oburzeniu na swoje wybryki, a w drugiej stają się wówczas ludowymi represjonowanymi bohaterami, godnymi historycznych porównań. Po takiej lekturze czują, że są potężni, a przynajmniej – znaczący.

Potem czytamy o nich w gazetach i drżymy przed ich potęgą. Ale realna siła bijącego jest możliwa do ocenienia tylko w momencie otrzymania ciosu. W mediach odbija się zwielokrotnionym echem – jak plakaty NOPu których dosłownie sześć pojawiło się na mieście – obsikanym tym samym jako „Miasto Nacjonalizmu”. Nie przez sam fakt zaistnienia, ale przez fakt medialny, przez to że napisała o tym jakaś gazeta. Tą informację można odnaleźć pomiędzy populistycznymi wypowiedziami Gmurczyka zachęcającymi do likwidacji koczowiska, a przedawnionym newsem o ataku na Wagenburg. To działania, które przynoszą więcej śladów w psychice ofiar, wyobraźni i pamięci zbiorowej, niż realnych skutków. To wszystko, co nacjonaliści są w stanie ugrać na medialnej rozgrywce naszym strachem. Do przysłowiowego, realnego „wpierdolu, po którym się nie pozbieramy”, jeszcze daleko, a on też jest pojęciem względnym.

Chcielibyśmy, żeby taka refleksja była obecna między przeczytaniem niepokojących doniesień medialnych na temat NOP, a reakcją na nie – którą może być opcjonalnie olewka z niesmakiem, wzrost poczucia zagrożenia lub podjęcie realnego działania obliczonego na stawienie czoła realnemu – niewyolbrzymionemu i dobrze rozkminionemu – problemowi.