Sport w polskim ruchu antyfaszystowskim przed 1939 r.
tekst oryginalnie ukazał się na stronie (http://www.rozbrat.org)

Tematem tekstu jest rola sportu w polskim ruchu antyfaszystowskim przed 1939 r. W pierwszej jego części ukazane zostanie zjawisko umasowienia sportu, mające miejsce na przełomie XIX i XX w., powstawanie pierwszych robotniczych klubów sportowych oraz próba rekonstrukcji zmagań środowisk żydowskich z faszystami z Młodzieży Wszechpolskiej (MW) i Obozu Narodowo-Radykalnego (ONR). W części drugiej ukazany zostanie fizyczny opór jaki stawiały grupy lewicowe działaczom skrajnej prawicy.

Takie określenie tematu niesie jednak ze sobą kilka problemów. Przede wszystkim nie doczekał się on jak dotąd żadnej systematycznej monografii. Opracowania pochodzące z okresu PRL-owskiego zniekształcają charakter ówczesnych walk, wskazując, że grupy porządkowo-samoobronne w zwalczaniu narodowców dążyły do sojuszu z komunistami. W istocie jednak, jak wynika z lektury źródeł, „Front Ludowy”, czyli wspólna walka wszelkich odcieni lewicy z faszyzmem, na gruncie polskim był zjawiskiem marginesowym i trwał stosunkowo krótko.

Poza tym historiografia PRL-owska, opisując sport robotniczy okresu międzywojnia, starała się znaleźć continuum między spontaniczną aktywnością robotników, dążących do poprawy swego zdrowia i kondycji, a sportowcami okresu komunizmu, którzy uprawiali poszczególne dyscypliny zawodowo, będąc w istocie narzędziami w ręku władz, które zamierzały za ich pomocą ukazać wyższość sportu „proletariackiego” nad „burżuazyjnym”. Ponadto, o ile robotniczy sport był nastawiony na współdziałanie, o tyle w PRL-u liczyły się rekordy i indywidualne osiągnięcia.

Inne ujęcie historii sportu to przedstawianie go jako zjawiska elitarnego, a zatem dotyczącego przede wszystkim prominentnych sportowców II RP, nierzadko o korzeniach arystokratycznych lub burżuazyjnych.

Analizując kwestię sportu w przedwojennym ruchu antyfaszystowskim należy więc opierać się przede wszystkim na źródłach. Jednak także one niosą ze sobą sporo zagrożeń dla poprawności wywodu. Przede wszystkim częstokroć relacje prasowe, dotyczące danych wydarzeń są sobie bez mała przeciwstawne, w zależności od sympatii ideowych danego pisma. Po drugie, niebagatelne dla omawianego zagadnienia źródła wspomnieniowe mają charakter w dużej mierze fragmentaryczny i są pozbawione istotnych szczegółów, jak np. dat dziennych opisywanych wydarzeń. Nadto zdecydowana większość z nich dotyczy Warszawy; co jest o tyle zrozumiałe, że w latach 30., z racji aktywności Obozu Narodowo-Radykalnego, miasto to było areną najbardziej gwałtownych walk ulicznych.

Wreszcie, z racji zorientowania horyzontu tematycznego artykułu na sport, pominięte zostaną akcje o charakterze terrorystycznym, w których używano ładunków wybuchowych lub broni palnej; chyba, że środki te nie były podczas starcia elementem dominującym, a jedynie jednym z wielu pośród pięści, pałek, łomów, kastetów czy lubianych przez ONR-owcow żyletek.

Uważa się, że ruch robotniczy i partie socjalistyczne stosunkowo późno dostrzegły w sporcie wartość mobilizacyjną, wychowawczą i zdrowotną. Ta ostatnia była zgoła najistotniejsza. Lekarz, higienista i społecznik, uznawany za anarchistę Józef Zieliński twierdził, że sport winien pełnić istotną rolą w życiu robotnika, który przez znaczną część dnia wykonuje jednostajną pracę, często w warunkach szkodliwych, co długofalowo niesie ze sobą fatalne skutki dla zdrowia, np. zniekształcając układ kostny czy mięśniowy. Zieliński zniechęcał jednocześnie robotników do podejmowania aktywności w szczególnie forsujących dyscyplinach, takich jak podnoszenie ciężarów, boks czy zapasy. Dostrzegał on również wymiar emancypacyjny sportu: robotnik grający w piłkę może dorównać swemu dyrektorowi, a nawet go przewyższyć.

Od końca XIX w. datuje się rozwój robotniczych organizacji sportowych w Europie zachodniej. Na ziemiach polskich pierwszą sportowo-kulturalną inicjatywą o charakterze lewicującym czy robotniczym była organizacja „Siła”, utworzona na Śląsku Cieszyńskim w roku 1908. W Warszawie tego rodzaju działalność stała się możliwa dopiero po 1918 r., choć i wcześniej robotnicy spontanicznie rozgrywali mecze piłkarskie na osiedlowych boiskach. Najbardziej uzdolnionych robotniczych piłkarzy werbowali menedżerowie Polonii Warszawa, którzy często odwiedzali improwizowane boiska. Zaproszenie do gry w klubie było dla robotnika-piłkarza znaczną nobilitacją i sprawiało, że z dumą nosił on w klapie logo swego klubu. Przed odzyskaniem niepodległości powstawały także pierwsze ogrody sportowo-gimnastyczne dla robotników.

W II RP oficjalnie istniała zasada apolityczności sportu, choć swe kluby zupełnie jawnie tworzyła arystokracja i endecja. Przezwyciężając te trudności, 17 grudnia 1921 r. powołano w Warszawie Robotniczy Klub Sportowy „Skra”: początkowo sekcje piłki nożnej i szermierki. Wkrótce w Warszawie powstały stowarzyszenia Marymont i Sarmata, w Krakowie – Legia, a w Łodzi – Widzew. W 1926 r. na terenie Polski funkcjonowało już 7 robotniczych stowarzyszeń sportowych. Wkrótce zaczęły się tworzyć także kluby sportowe robotników niemieckich i żydowskich, mieszkających w Polsce. O dynamicznym rozwoju robotniczego sportu świadczy fakt, że w 1931 r. „Skra” miała już ok. tysiąca członków. W związanym z Gazownią przy ul. Ludnej klubie „Świt” trenowano boks. Zajęcia ze sportów walki odbywały się także w żydowskich klubach „Jutrznia” i „Gwiazda”, co było pewnym ewenementem zważywszy na fakt, że Żydzi dość powszechnie uważali boks za sport zbyt brutalny i nie podejmowali się prowadzenia bokserskich treningów ani uczestnictwa w nich. Wychowankiem „Gwiazdy” był Szapsel Rotholc, jeden z najlepszych przedwojennych bokserów, medalista mistrzostw Europy.

Na bazie dynamicznego rozwoju robotniczych towarzystw sportowych zorganizowano wiosną 1932 r. w Gdańsku imprezę, w której wzięli udział zawodnicy z Gdańska, Warszawy, Szczecina, Królewca i Berlina. Oprócz charakteru sportowego miała ona także wymiar polityczny, gdyż stanowiła międzynarodowy akt sprzeciwu robotników wobec wzrastających wpływów faszyzmu. W przeddzień zawodów sportowych odbyła się w Gdańsku pięciotysięczna manifestacja dwukilometrowej długości. W momencie, gdy jej uczestnicy przechodzili obok lokalu NSDAP, policja odgrodziła ich silnym kordonem od hitlerowców, oczekujących na robotników z bronią palną. Po zawodach odbyła się bezalkoholowa impreza, podczas której robotnicy polscy i niemieccy wspólnie dyskutowali o sposobach na przeciwdziałanie faszyzmowi. Dla Niemców był to ostatni tego rodzaju epizod, gdyż naziści w 1933 r. zlikwidowali w III Rzeszy sport robotniczy.

Od połowy lat 20. rosła popularność sportu w młodzieżówkach socjalistycznych, w których łączono go z pracą ideowo-wychowawczą. Zarazem popularność sportu zbiegła się w czasie z nasileniem się napięć społecznych i politycznych, co wiodło ku wzrostowi liczby akcji bojówkarskich zarówno ze strony narodowców, jak i socjalistów. Poszczególne organizacje tworzyły swe paramilitarne przybudówki, a II RP stawała się państwem zimnej wojny domowej.

Rola żywiołu żydowskiego w tej wojnie podlega dwojakiej ocenie historyków i publicystów. Ci związani z opcją lewicowo-liberalną podkreślają przede wszystkim fakt, że Żydzi byli ofiarami nacjonalistycznej przemocy. Z kolei historycy prawicowi, m.in. Kulińska, Chodakiewicz czy Sosnowski zwracają uwagę na istnienie żydowskich grup bojowych. Związany z pismem „Fronda” Marek Chodakiewicz pisze: „Żydzi nie przyglądali się biernie atakom na siebie. Istniały żydowskie grupy samoobrony. W burdach i zamieszkach padały ofiary po obu stronach”.

Prawicowi historycy jako przykład przemocy żydowskiej wobec polskich narodowców przywołują często przykład śmierci Stanisława Wacławskiego w Wilnie 9 listopada 1931 r., który zginął zabity przez Żydów. Analiza tej sytuacji wymaga jednak nieco szerszej konteksualizacji. Od początku roku akademickiego na Uniwersytecie im. Stefana Batorego dochodziło bowiem do utarczek, spowodowanych faktem, że Żydzi odmawiali wykorzystywania żydowskich zwłok do przeprowadzania sekcji na potrzeby zajęć, gdyż jest to niezgodne z judaizmem. Budziło to rzecz jasna opory ze strony antysemitów. 9 listopada doszło na tym tle do gwałtownych starć. Wacławski podczas trwających zamieszek poniósł śmierć, trafiony kamieniem w skroń. Zajścia tego dnia były bardzo gwałtowne – rannych zostało 37 osób, a policja zatrzymała 60. Trudno więc uznać jego śmierć za zamach, z premedytacją zaplanowany i przeprowadzony przez żydowskie, antypolskie bojówki, jak chciałaby to postrzegać prawica.

Odnośnie żydowskich grup samoobrony warto zwrócić uwagę na postać Berka Sznajdmila, którego wspomina Marek Edelman. Szkolił on członków Cukunftu, młodzieżówki żydowskiej socjalistycznej partii Bund. Członkowie Cukunftu posługiwali się sztalrutką, która była odpowiedniczką dzisiejszej palki teleskopowej. Była to niewielka, metalowa rurka, która poprzez umiejętne potrząśnięcie stawała się długim kijem, będącym świetną bronią przeciwko ONR-owcom, którzy w starciach z Żydami posługiwali się deseczkami nabitymi żyletkami, które umieszczali powyżej kolana. Wyposażeni w taki sposób wymierzali kopnięcia m.in. żydowskim dzieciom, które na początku roku szkolnego zjawiały się w księgarni na Krakowskim Przedmieściu celem nabycia podręczników. A Krakowskie Przedmieście było miejscem nader często patrolowanym przez nacjonalistów…

Należy zatem zwrócić uwagę na fakt istnienia żydowskich grup bojówkarskich proweniencji socjalistycznej, aczkolwiek nie zmienia to faktu, że dziesiątki i setki Żydów padało ofiarą przemocy na tle antysemickim. Polscy faszyści atakowali bowiem nie tylko równych sobie; ich przemoc skierowana była także przeciwko dzieciom, starcom i kobietom. Zatem tworzenie symetrii pomiędzy samoobroną bojówek żydowskich i nacjonalistyczną przemocą jest fałszowaniem historii.

Od końca lat 20. XX wieku nasilały się starcia wszechpolaków z grupami lewicowymi. Na tym tle aktywny był m.in. Związek Polskiej Młodzieży Demokratycznej. Organizacja ta miała nastawienie antynacjonalistyczne i szczególnie w Krakowie zasłynęła z ataków na wiece czy rozbijanie antysemickich blokad i pikiet Młodzieży Wszechpolskiej. Za atak na jeden z takich wieców, w październiku 1928 r., naganę od senatu UJ otrzymał syndykalista Kazimierz Ostrowski.

Liczba akcji bojówkarskich znacznie wzrosła w latach 30., a zwłaszcza po 1934 r., kiedy to powstał Obóz Narodowo-Radykalny. Co prawda jego delegalizacja zahamowała na kilka miesięcy impet narodowców, jednak już w 1935 r. znacznie nasiliły się wystąpienia antysemickie. W odpowiedzi Stanisław Dubois w 1934 zaczął tworzyć przy Organizacji Młodzieżowej Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego organizację Czerwona Strzała, która miała charakter paramilitarny i składała się z najbardziej uświadomionych politycznie i oddanych członków OM TUR oraz robotniczych klubów sportowych. Przedstawiciele CzS ubierali się w drelichową bluzę koloru ochronnego, oficerski pas i granatową czapkę z szerokim rondem. Organizacja ta pierwotnie powstała w celu fizycznego zwalczania reżimu sanacyjnego.

Nad problemem faszyzmu coraz częściej pochylali się także członkowie Czerwonego Harcerstwa. Organizacja ta stawiała na alternatywny model edukacji, zarzucając państwowym szkołom promocję mieszczańskiego liberalizmu, nacjonalizmu i klerykalizmu.

PPS, na bazie doświadczenia niemieckiego, wyciągnęła wniosek następujący: walka z bojówkami ONR-u nie może się odbywać, jak to miało miejsce w zwalczaniu narodowców do tej pory, za pomocą przypadkowo dobieranych osób. Taka też była geneza Akcji Socjalistycznej, powołanej 8 grudnia 1934 r. Do AS przyjmowano głównie osoby, które odbyły służbę wojskową. Były one szkolone do walki w mieście, zapobiegania i przeprowadzania sabotaży oraz organizowania obrony dzielnic robotniczych. W czerwcu 1939 r. AS liczyła 11 360 członków (z czego 500 w samej tylko Warszawie), co stanowiło prawie 1/3 stanu liczbowego PPS. Byli oni szkoleni przez 260 instruktorów i mieli do dyspozycji 753 pistolety oraz 214 sztuk broni strzeleckiej. W strukturach AS czynnych było także ok. 400 kobiet. Na bazie doświadczenia hiszpańskiej wojny domowej dążono do tego, by docelowo AS mogła być w razie konieczności przekształcona z formacji milicyjno-ochotniczej w regularną armię. Z czasem więc, jak donosiła sanacyjna prasa, AS „stała się niebezpieczną, agresywną grupą, która bez litości tłukła oenerowców, wszechpolaków i młodzież z sanacyjnej ZMP”. Nad organizacją tą, podobnie jak nad Czerwoną Strzałą, szczególną opiekę sprawował Stanisław Dubois, który został za to 18 lipca 1936 r. ugodzony nożem przez kilku ONR-owców. Ostrze trafiło blisko serca, ale przeżył.

Jedno z pierwszych starć narodowych radykałów z lewicowcami miało miejsce 19 V 1934 r., kiedy to TUR-owcy i komuniści udali się na zebranie, zorganizowane przez ONR, celem jego zakłócenia. Gdy zaczął przemawiać przedstawiciel TUR, doszło do bójki. Jednak z powodu rozbieżności w źródłach trudno uznać, dla kogo zakończyła się pomyślnie.

29 maja doszło do ataku na siedzibę ONR przy ul. Wolskiej 44, gdzie w jednym budynku mieściły się lokale PPS i ONR. Bojówki Cukunftu i AS napadły na odbywające się spotkanie ONR, mając ze sobą m.in. łomy, noże i broń palną. Po ich akcji w lokalu pojawił się napis „Na Woli faszyzm nie przejdzie”. Tego samego dnia uformował się spontaniczny, kilkusetosoowy pochód, którego uczestnicy – z hasłem „Faszyzm nie przejdzie” – napadli na redakcję narodowo-radykalnego pisma „Sztafeta” na Nowym Świecie. Interweniowała policja, zatrzymując ok. 50 osób. ONR-owcy ranili z broni palnej 7 socjalistów. Następnie bójki i strzelanina przeniosły się na ul. Warecką, gdzie socjaliści ranili 2 osoby. Kilka dni później odbyła się kilkutysięczna demonstracja antyfaszystowska.

Socjaliści następująco pisali o pierwszych dniach gwałtownych starć: „Nasze straty to pokaleczone dłonie od żyletek, umieszczanych pod klapami marynarek w miejscu mocowania znaczka. ONR-owcy poczęli to stosować po pierwszych zetknięciach z grupami samoobrony. […] Nasza kontrofensywa wobec poczynań ONR-owców, aczkolwiek przyniosła skutek i hamowała zapędy, to jednak nie osłabiała ich rozwoju”.

Nader interesujące są wspomnienia Stefana Arskiego, Żyda z Czerwonego Harcestwa i PPS: „W 1936 roku korporanci ogłosili »niedzielę bez Żydów« w Alejach Ujazdowskich. Iść tam? Trzeba było być wariatem, żeby iść. Ale nie iść? My, PPS-owcy porozumieliśmy się wtedy z doktorem Jerzym Michałowskim, założycielem klubu sportowego „Skra”, który przysłał nam chłopaków z sekcji bokserskiej. No i poszliśmy. Zajęliśmy pozycje na rogu Alei i Pięknej. Patrzymy – są! Grupa z mieczykami i żyletkami w klapach. Doszło oczywiście między nami i nimi do bijatyki”. Niestety, autor nie pisze nic o wyniku tego starcia.

Z kolei Kazimierz Brandys, przedwojenny lewicowy bojowiec, wspomina: „Wybrano mnie na kierownika sekcji uniwersyteckiej, wkrótce potem wszedłem do zarządu organizacji. Uczestniczyłem w różnych akcjach. Rozdawaliśmy ulotki przed bramą uniwersytetu […] tworzyliśmy straż porządkową z czasie pochodów i wieców, kolportowaliśmy wieczorami pisma antyfaszystowskie na ulicach Śródmieścia. Zawsze w mniejszości, za każdym razem napadani przez bojówki. Bywało, że z wieczornego kolportażu ten i ów wracał pokrwawiony. Nosiłem przy sobie rewolwer-straszak […] gumową oponę od wózka dziecinnego. Bojówkarze używali kastetów i linek z żelaznymi kulkami. W przypadku gorętszych zaburzeń przyjeżdżała policja, aresztując z reguły kilku spośród nas. Falangistów nie zatrzymywano, część z nich weszła w tym czasie do reżimowego OZON-u”.

Warto przywołać także słowa niejakiego Minorskiego, który następująco pisze o zajściach na Politechnice Warszawskiej, gdy w 1936 r. ONR-owcom z powodu zdecydowanego oporu nie udało się wyrzucić Żydów z budynku: „…później gdy faszyści ściągnęli posiłki z innych uczelni, w głównych wejściowych drzwiach natknęli się na wartę życiowców. W ciasnym przejściu można, podobnie jak starożytni Grecy w Termopilach, wstrzymać mniejszymi siłami najście barbarzyńców. Stoimy więc, a tylko pięści i łokcie mają robotę. Nie przejdą […]. Wielkie drzwi chwieją się pod naporem ciał w jedną lub drugą stronę, ale przejścia nie ma. Po paru minutach wychodzą woźni i ogłaszają decyzję rektora: zawieszenie wykładów i przerwanie zajęć”.

Rokrocznie zamieszki odbywały się także podczas Święta Pracy: „Na rogu Świętokrzyskiej przyczaiła się oenerowska bojówka. Są wściekli, że tylu studentów z Politechniki poszło na demonstrację. Gdy kolumna studencka dochodzi do tego punktu, usiłują wbić się klinem w szeregi. Zaczyna się bójka (…) Milicja robotnicza zwijała się elegancko, bez pośpiechu jak na pokazie. Korporanckie łebki, aczkolwiek przysłowiowo twarde, szybko orientują się, że to nie żarty”. Tego samego dnia próby antysemickich ataków na pochód Bundu zostały udaremnione przez milicję Cukunftu. Po 1 maja 1936 ONR-owcy atakowali studentów politechniki, którzy brali udział w socjalistycznym pochodzie. W odwecie 5 maja zorganizowano „Dzień bez klap” i zdemolowano kilka lokali korporacji.

1 maja 1937 pochód PPS zabezpieczała AS. „Cała uwaga Akcji Socjalistycznej była skierowana na chodniki i dzięki temu narodowcy oberwali morowo”.

Z kolei krakowskie zmagania z nacjonalistami wspomina Wiktor Ehrenpreis: „[…]odczyt prof. Zygmunta Szymanowskiego z Warszawy na temat obrony pokoju w Europie, zagrożonego przez faszyzm, który rozpoczął podboje napaścią na Etiopię. Odczyt skończył się bardzo oryginalnie, a mianowicie sympatycy faszyzmu włoskiego – endecy i prawi sanatorzy – postanowili zebranie to rozbić. W rezultacie sytuacja wytworzyła się taka, że w pół godziny po rozpoczęciu zebrania zaczęły padać „zwischenrufy”, a następnie narodowcy zaczęli zbierać się do awantury. W tym czasie nadeszła liczna grupa robotników, wezwana i przyprowadzona przez tow. Józefa Cyrankiewicza z pobliskiego Domu Górnika, i nastąpiło wówczas dość sławetne lanie. Endecy nie mogli się wówczas nadziwić, jak to się stało, że na własnym terenie dostali lanie”.

Wreszcie warte przypomnienia są słowa Stanisława Sankowskiego o wiecu ONR z 28 listopada 1937 r.: „Kiedy otrzymaliśmy wiadomość o planowanym wiecu, postanowiliśmy, że do niego nie możemy dopuścić. Na wszystkich Dzielnicach warszawskich PPS przeprowadzono mobilizację AS-u i poszczególnymi dzielnicami, po kilkadziesiąt osób, udaliśmy się do Cyrku […] Pamiętam, że kiedy przemawiał [Bolesław] Piasecki i gromkim głosem mówił, że Polsce potrzebny jest chirurg (myśmy też tak uważali, tylko że im chodziło o innego chirurga aniżeli nam) w tym momencie z naszej strony rozpoczęły się działania, które miały na celu zerwanie tego wiecu. Doszło do bójki, bójki bardzo krwawej, ponieważ oenerowcy byli uzbrojeni w pały, pręty, a nawet i noże. Wielu naszych towarzyszy zostało poranionych. Niemniej nasze wystąpienie doprowadziło do tego, że wiec ten został rozbity i zerwany, a nam o to właśnie chodziło”.

Trzonem przedwojennych organizacji antyfaszystowskich zatem byli robotnicy, co wskazuje, że słusznie rozpoznali oni zagrożenie związane z faszyzmem. Ich zaangażowanie wynikało z faktu łączenia postulatów socjalnych z antyfaszyzmem. Rozwojowi faszyzmu w Polsce skutecznie zapobiegała szeroka oferta środowisk lewicowych, skierowana do grup z dołu drabiny społecznej, a zatem kluby sportowe, kultura i oświata robotnicza, domy ludowe, spółdzielcze sklepy itp.