fragmenty książki „Żydzi w Powstańczej Warszawie”, B. Engelking, D. Libionka, wyd. Stowarzyszenie Centrum Badań nad Zagładą Żydów, 2010

W powstaniu warszawskim walczyli z bronią w ręku weterani powstania w getcie. Byli to zarówno żołnierze Żydowskiej Organizacji Bojowej – organizacji stanowiącej trzon wojskowej konspiracji żydowskiej, jak i – choć w daleko mniejszym stopniu – pozostali przy życiu członkowie Żydowskiego Związku Wojskowego. Jednak tylko ŻOB zachowała ciągłość organizacyjną i w dniach powstania, pomimo niewielkiego potencjału, mogła wystąpić jako odrębna formacja, świadoma swych celów.

W chwili wybuchu powstania na terenie Warszawy przebywało kilkudziesięciu ŻOB-owców. Ze strony dowództwa AK nie istniały jakiekolwiek plany włączenia ich do działań zbrojnych. Ostatnią taką inicjatywą była opisana w rozdziale I, zakończona kompletnym fiaskiem próba sformowania żydowskiego oddziału powstańczego. Nie jest to szczególnie zaskakujące, ponieważ z punktu widzenia ogromu wyzwań i zadań stojących przed Armią Krajową Żydowska Organizacja Bojowa była, biorąc pod uwagę jej rzeczywisty potencjał bojowy, formacją mało znaczącą, z którą utrzymywano ograniczone kontakty, raczej w imię racji politycznych i moralnych aniżeli wojskowych. Nie bez znaczenia były też obserwowane z niepokojem zacieśniające się kontakty polityków i bojowców żydowskich z podziemiem komunistycznym, zarówno z PPR, jak i AL. Z drugiej strony, Komenda ŻOB, złożona z kilku zaledwie osób (Cukierman, Edelman, Lubetkin), w dodatku zagrożonych i zmuszonych do ukrywania się, skoncentrowana była głównie na przetrwaniu oraz pomocy dla ukrywających się Żydów i, jak się wydaje, nie miała żadnego scenariusza „mobilizacyjnego” na wypadek wybuchu walk w mieście, mimo że taką ewentualność przewidywano.

Początek walk stanowił zaskoczenie nie tylko dla szeregowych bojowców, ale i dla Cukiermana. Postawy i decyzje zależały w dużym stopniu od okoliczności. Ci, którzy znajdowali się w pobliżu, kierowali się do bazy przy ul. Leszno 18 lub do kwatery Bundu przy Żurawiej. Mimo że nie brakowało obaw, dominowało pragnienie natychmiastowego przyłączenia się do walki. O ówczesnych nastrojach mówią pozostawione przez żołnierzy ŻOB świadectwa. Icchak Cukierman wspominał: „Jeszcze przed wybuchem powstania czuliśmy, że coś się szykuje, ale o dokładnym terminie dowiedzieliśmy się dopiero w dniu, kiedy wybuchły walki. Miałem szczęście, że w dniu wybuchu powstania byłem w dzielnicy, (…) która znajdowała się pod kontrolą powstańców. (…) nie mogę mówić o ogóle Żydów; mogę mówić tylko o naszej grupie. Mam wrażenie, że była to grupa najbardziej nieszczęśliwa. Była to grupa bojowników, którzy w innych warunkach, w innym miejscu – w getcie, wśród Żydów – nie zaprzestaliby walki 10 maja 1943 r., ze spaleniem getta; a teraz, po aryjskiej stronie, byli skazani na bezczynność. Nie mogli robić niczego. Co mogła robić Cywia? Daję ją jako przykład, ze względu na wybuchowy temperament. Chciała rzeczy nieosiągalnych. To samo dotyczyło Marka Edelmana, który dowiódł swej odwagi, czego byłem świadkiem; odważny był też na Starówce. Była to grupa bojowników sparaliżowanych okolicznościami. I oto teraz powstanie warszawskie wyzwoliło tę siłę. Nie trzeba być psychologiem, żeby zrozumieć, co czuli ci ludzie. Przypuszczam, że cały czas marzyli o chwili, kiedy będą mogli stanąć do walki przeciwko Niemcom. I przyszedł 1 sierpnia 1944 r. i dał im szansę spełnienia tego marzenia”. Sprawa nie była jednak prosta. Rozgoryczeniu z powodu braku zainteresowania AK sprawami żydowskimi towarzyszył wzrost zaufania do konspiracji komunistycznej, deklarującej daleko większe zrozumienie i otwartość. Na dylemat ten zwracał uwagę Simcha Rotem: „Powstało podstawowe pytanie – czy przyłączyć się do AK, czy do AL. Pytanie – czy w ogóle brać udział w Powstaniu – nigdy nie padło. To było oczywiste, że będziemy walczyć. Byliśmy grupą bojową i mieliśmy Antka – naszego komendanta. Więc chodziło o to, z kim się połączyć: z AK czy z AL”. W jakiś sposób wiązało się to z kwestiami natury ideologicznej. Cywia Lubetkin pisała co prawda: „Nasze grupy również były świadome, jaka jest polityczna treść powstania. Lecz była to wojna z Niemcami, więc my, członkowie ŻOB, przyłączyliśmy się do powstania jako zorganizowana grupa”.

Mieszkający razem ze Stefanem Grajkiem przy ul. Leszno 27 inny członek ŻOB, Tuwia Borzykowski, wspominał: „Powitaliśmy wybuch powstania z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony odczuwało się pragnienie wyjścia na ulicę i radosnego powitania wolności, ale z drugiej strony obawa, że wszystko może jeszcze się zmienić, podpowiadała by pozostać w ukryciu”. Podobne rozterki musieli przeżywać również członkowie organizacji wojskowej: „Podczas gdy Polacy walczyli z nadzieją na zwycięstwo, Żydzi wiedzieli, że ich wojna dawno została przegrana. Ich główną motywacją była nienawiść do wroga. W pewnym sensie byliśmy jednak w lepszej sytuacji niż Polacy. Po doświadczeniach wyniesionych z getta byliśmy lepiej przystosowani do życia pośród zniszczenia, płonących domów, duszącego dymu”. Co ciekawe, Borzykowski w ogóle nie wspomina o próbie przyłączenia się oddziału ŻOB do AK, stwierdzając, że ŻOB planowała akces do AL. Analizując wybory żydowskich konspiratorów, nie należy jednak przeceniać znaczenia aspektów politycznych. Dużą rolę odgrywały konkretne okoliczności, w jakich przyszło im działać. Scenariusz pisało życie. Mówił o tym Marek Edelman: „O piątej po południu usłyszeliśmy pierwsze strzały. Trzeba było iść do walki. Ale z kim? Nie wchodziliśmy w skład żadnej organizacji wojskowej. Jednak wyszliśmy na ulicę. Czuliśmy się wolni. Poszedłem na Żelazną. Mieszkała tam grupa naszych kolegów, którzy wrócili z lasu. Długo dyskutowaliśmy co robić”.

Marek Edelman, Icchak Cukierman i Stefan Grajek, Warszawa ok. 1945–1946 r. / Fot. Odbitka w archiwum ŻIH

W pierwszych dniach walk Komenda ŻOB zdana była tylko na siebie. Wybuch powstania doprowadził do rozproszenia działaczy „Żegoty”. Poza Warszawą znaleźli się kierownik referatu żydowskiego przy Delegaturze Rządu, będący pośrednikiem między konspiracją żydowską a czynnikami polskimi, Witold Bieńkowski i wiceprzewodniczący „Żegoty” Tadeusz Rek. Adolf Berman i Roman Jabłonowski (który zastąpił na stanowisku przewodniczącego aresztowanego Juliana Grobelnego) znaleźli się na Żoliborzu, Marek Arczyński, Leon Feiner, Władysław Bartoszewski oraz Stefan Sendłak (kierownik referatu terenowego Rady) przebywali na terenie Śródmieścia. Ten ostatni został mianowany zastępcą delegata III Rejonu (Śródmieście Północ). Wiemy o jednym tylko posiedzeniu Rady w okresie powstania. Odbyło się ono, w bardzo okrojonym składzie, dopiero we wrześniu 1944 r. Obecni byli Feiner, Arczyński i Sendłak. Postawiono tam m.in. wniosek zwrócenia się do władz powstańczych o uchylenie niemieckiego ustawodawstwa antyżydowskiego oraz wydanie oświadczenia o równouprawnieniu ludności żydowskiej. Jeśli wierzyć Sendłakowi, takie enuncjacje zostały wydane. Nie potwierdza tego jednak lektura prasy powstańczej. Bundowiec Bernard Baruch Goldstein jednoznacznie stwierdził fiasko rozmów na ten temat z przedstawicielami Delegatury. Szczegółów jednak brak.

Ze względu na kwestie natury wojskowej dekompozycja struktur „Żegoty” nie miała decydującego wpływu na rozwój sytuacji. O wiele większe znaczenie dla funkcjonowania ŻOB w powstaniu miała nieobecność Henryka Wolińskiego, który od jesieni 1942 r. koordynował kontakty na linii ŻOB–AK; nie został zmobilizowany i znalazł się poza Warszawą. W bardzo poważnym stopniu na dalszych jej działaniach zaważył także tragiczny los Jerzego Grasberga. Grasberg, przed wojną student agronomii Uniwersytetu Warszawskiego, należał do harcerstwa, gdzie poznał Aleksandra Kamińskiego. Znajomość ta trwała w okresie okupacji. Grasberg przygotowywał materiały z getta dla „Biuletynu Informacyjnego”. Już po utworzeniu ŻOB próbował wprowadzić doń grupę żydowskich harcerzy (inicjatywa miała upaść z powodu sprzeciwu Anielewicza). Po „aryjskiej stronie” znalazł się w marcu 1943 r. Organizował broń dla getta. Wraz z żoną, Lubą Gawisar „Zieloną Marysią”, zamieszkał przy ul. Pańskiej 5. Z powodu „niearyjskiego wyglądu” nie mógł opuszczać mieszkania. W pierwszym lub drugim dniu powstania poniósł śmierć z rąk powstańców. Istnieje kilka przekazów dotyczących tej sprawy, lecz wszystkie pochodzą z drugiej ręki. Zgadzają się co do tego, że podczas próby wydostania się z mieszkania – bazy ŻOB – lub krótko po jego opuszczeniu Grasberg został zatrzymany przez powstańców (albo przekazany im przez zaniepokojonych czy nadgorliwych sąsiadów), a następnie zastrzelony. Dowodem na to, że był szpiegiem lub kolaborantem, miały być znalezione przy nim fałszywe dokumenty i broń.

Trudno jednoznacznie wskazać na motywy tej zbrodni; nie sposób rozstrzygnąć, czy powodem śmierci Grasberga był antysemityzm, czy też stał się on jedną z pierwszych ofiar antyszpiegowskiej psychozy ogarniającej cywilów i żołnierzy, tym trudniejszej do opanowania, że wszystko rozegrało się w atmosferze chaosu i wyłaniania się powstańczych struktur bezpieczeństwa. Czy zastrzeliła go żandarmeria AK po przeprowadzeniu jakiegoś dochodzenia, czy stała za tym jakaś samozwańcza bojówka? Jakkolwiek było, Grasberg poniósł śmierć z rąk powstańców, a wiadomość o tym zdarzeniu przyniósł do kwatery ŻOB jego przyjaciel i opiekun, a zarazem niestrudzony orędownik spraw żydowskich w KG AK – Aleksander Kamiński. Jego list do Luby Gawisar, która w przeddzień wybuchu powstania wyjechała z miasta i została odcięta na Pradze, przynosi szczegóły tej sprawy: „Kazimierz [Aleksander Kamiński] napisał do mnie list, w którym powiedział dokładnie, że on wie, że to akowcy zabili Jurka. Napisał, że Jurek ich błagał, żeby się z Kamińskim porozumieli, że on zaświadczy… Ale oni chyba się spieszyli. (…) Wiem, że on wyszedł z mieszkania z bronią, idiota! Chciał walczyć, szedł do powstania”. Okoliczności śmierci Grasberga musiały wywrzeć na jego towarzyszach wstrząsające wrażenie, zwłaszcza że kilku innych członków ŻOB również miało przykre przejścia z powstańczymi służbami bezpieczeństwa. Z relacji Edelmana wynika, że to właśnie Kamiński miał zasugerować, by w imię bezpieczeństwa tworzący się oddział ŻOB przyłączył się raczej do Armii Ludowej: „»Antek« opowiedział, że przed paroma godzinami był u nas Kamiński. Przyszedł z informacją, że poprzedniego wieczora na Pańskiej ludzie z AK zastrzelili Jurka Grasberga. Powiedzieli, że skoro ma fałszywe dokumenty i jest uzbrojony, musi być szpiegiem. A naprawdę zabili go dlatego, że był Żydem. Kamiński powiedział też, że nie może nas żobowców powierzyć żadnemu oddziałowi AK. Jeśli chcemy być bezpieczni, powinniśmy sobie znaleźć inną organizację, aby walczyć w jej szeregach”.

Cywia Lubetkin ps. Celina (hebr. צביה לובטקין; ur. 9 listopada 1914 w Bytniu, zm. 11 lipca 1978[2] w Lochamej HaGeta’ot) – żydowska działaczka podziemia w getcie warszawskim, członek dowództwa Żydowskiej Organizacji Bojowej, uczestniczka powstania w getcie warszawskim.

Niemniej podjęto rozmowy z jakimiś przedstawicielami AK na temat wcielenia w jej struktury oddziału ŻOB. Przekazy na temat ich przebiegu są niestety lakoniczne. Prowadzący je Cukierman miał się domagać przyznania jego oddziałowi statusu odrębnej, żydowskiej formacji. Jego wspomnienia są w tym punkcie mało konkretne. Nie inaczej ma się sprawa z innymi relacjami. Cywia Lubetkin zapisała: „2 sierpnia, nawiązaliśmy kontakt z dowództwem AK tej dzielnicy, zawiadamiając je o naszej gotowości uczestniczenia w walce przeciwko Niemcom. Przyjęto nas obojętnie, chłodno. Oświadczono, że dowództwo się zastanowi, zbada sprawę, porozumie się z nami”. Trudno orzec, czy tylko z tego powodu starania te zakończyły się fiaskiem. Nie wiadomo nawet, na jakim szczeblu zapadła taka decyzja, a przede wszystkim przez kogo została podjęta. Łączniczka ŻOB Adina Blady-Szwajger wspominała: „Przyszli do nas Marek [Edelman], Antek [Cukierman] z Celiną [Lubetkin], Marysia z Zygmuntem [Warmanowie] i Julek [Fiszgrund] – chłopiec Zosi. Zgłosili się do dowództwa oddziału, który stacjonował w tym samym podwórzu. Nie przyjęto ich! Oddział żydowskich bojowców nie był potrzebny. Więc poszli do AL, gdzie ich przyjęto. Kwaterowali niedaleko, za placem Krasińskich, w ruinach dawnego bazaru na Świętojerskiej”. Nie ma na ten temat żadnych źródeł polskich. Nawet informacje Henryka Wolińskiego pochodziły z drugiej ręki: „Za (…) objaw niechętnego stosunku do Żydów jest uważany fakt niepodjęcia żydowskiego oddziału w czasie powstania warszawskiego. Oddział ten przez 24 godziny oczekiwał bezskutecznie podjęcia go przez oficera AK, po czym dano »Antkowi« (komendantowi ŻOB) do zrozumienia, że włączenie jego oddziału do AK jest niemożliwe”. Woliński precyzował, że informacja „pochodzi ze źródeł żydowskich i nie została przeze mnie skonfrontowana ze źródłami polskimi”.

Po powstaniu politycy żydowscy, którym udało się opuścić Warszawę, skontaktowali się z Wolińskim. Przekazali mu nie tylko ustne relacje z przeżyć ostatnich miesięcy, ale także kilka listów do działaczy żydowskich w Londynie zawierających dość szczegółowe sprawozdania z wydarzeń w powstańczej Warszawie. Przekazy te w interesującej nas kwestii stosunku AK do ŻOB znacząco różniły się od siebie. W listach, w przeciwieństwie do relacji ustnych, na których opierał się Henryk Woliński, pisząc swój raport, nie ma żadnych odniesień do konfliktów między ŻOB i AK. Mowa jest jedynie o udziale plutonu ŻOB w walce na Starym Mieście83.

Poszukiwaniom przydziału bojowego towarzyszyła akcja propagandowa i informacyjna. 3 sierpnia Cukierman zredagował odezwę wzywającą dawnych obrońców getta i wszystkich pozostałych przy życiu Żydów do udziału w walce:

„Do Obrońców warszawskiego Ghetta. Do pozostałych przy życiu Żydów.

Od trzech dni lud Warszawy prowadzi walkę orężną z okupantem niemieckim. Bój ten jest i naszym bojem. Po upływie roku od pełnego chwały oporu w gettach i obozach »pracy«, od obrony życia i godności naszej stoimy dziś wespół z całym narodem polskim w walce o wolność. Setki młodzieży żydowskiej i bojowników ŻOB stoją ramię w ramię ze swymi polskimi towarzyszami na barykadach. Walczącym nasze bojowe pozdrowienie. Wzywamy wszystkich pozostałych jeszcze przy życiu bojowców ŻOB oraz całą zdolną do walki młodzież żydowską do kontynuowania oporu i walki, od której nikomu nie wolno stać z dala. Wstępujcie do szeregów powstańczych. Przez bój do zwycięstwa, do Polski wolnej, niepodległej, silnej i sprawiedliwej. Komendant »Antek«”.

Był to niezwykle doniosły akt polityczny. Brak źródeł, by orzec, jaki był wpływ tej odezwy na Żydów ani też jak został oceniony przez Polaków. Na uwagę zasługuje fakt, że w prasie powstańczej ten tekst opublikowano stosunkowo późno – po raz pierwszy bodaj dopiero 11 sierpnia 1944 r. w wydawanej przez PPS-WRN na Starym Mieście „Warszawiance”. Tego samego dnia „Odezwa” ukazała się także w organie prasowym AL, „Armii Ludowej”. „Biuletyn Informacyjny” wydrukował jej fragment dopiero 16 sierpnia. Trudno stwierdzić – zwłaszcza pamiętając o bliskich stosunkach ŻOB z redaktorem „Biuletynu Informacyjnego” – czy stały za tym przyczyny natury politycznej, czy technicznej. W tych dniach wiadomość o apelu ŻOB podało również radio powstańcze „Błyskawica”. 17 sierpnia 1944 r. o odezwie ŻOB poinformowano władze polskie w Londynie, które z kolei przekazały ją reprezentantom ludności żydowskiej w Radzie Narodowej i organizacjom żydowskim.

Apel do ludności żydowskiej oraz depeszę do Londynu w sprawie pomocy Warszawie wystosowało też kierownictwo Bundu. Działacze tej partii nie rezygnowali z aktywności politycznej i działalności na rzecz ludności żydowskiej, lecz ich możliwości były ograniczone. Nie bez znaczenia była śmiertelna choroba jednej z najważniejszych postaci żydowskiej konspiracji w Warszawie – Leona Feinera (zmarł już po powstaniu w Lublinie 22 lutego 1945 r.). 18 sierpnia 1944 r. Bund przesłał depeszę do swego przedstawicielstwa w Londynie zawierającą apel o pomoc dla Warszawy. Jej treść podał następnie „Biuletyn Informacyjny”: „Od trzech tygodni lud Warszawy prowadzi nierówny bój z barbarzyńskim najeźdźcą, a wraz z całą Warszawą walczy pozostały przy życiu młody element żydowski. Zróbcie wszystko, co leży w waszej mocy, by spowodować jak najszybciej skuteczną pomoc”. Podobnie jak ŻOB, kierownictwo Bundu wzywało pozostałych przy życiu Żydów do udziału w powstaniu. Apel ten, zatytułowany Wezwanie Bundu, został zamieszczony w piśmie „Demokrata”: „Komitet Centralny Bundu wezwał wszystkich robotników i inteligencję pracującą, uciekinierów z obozów przebywających w lasach, aby niezwłocznie wzięli udział w powstaniu i zgłosili się do odpowiednich placówek”.

Warszawa, członkowie Bundu maszerujący 1 maja 1936 roku.

Z listów przesłanych przez ich przedstawicieli do kraju wynika, że postawę ŻOB wobec powstania przyjęto z uznaniem. Ignacy Schwarzbart – członek Rady Narodowej, oraz członek Rady Żydów Polskich Anzelm Reiss pisali z Londynu do ŻKN i ŻOB 4 września 1944 r.: „Otrzymaliśmy wasz telegram z 17 VIII informujący o odezwie do bojowców z 3 VIII. Jesteśmy zgodni z Wami w Waszych usiłowaniach spełnienia tego podniosłego obowiązku i jesteśmy z góry przekonani, że spełnicie go w pełni. Do tej wiary uprawnia nas Wasza prawie dwuletnia walka i jej przebieg. Czekamy z zapartym oddechem Waszych dalszych wiadomości i informacji co z waszym aktywem”. Jeszcze przed nadejściem informacji z Warszawy Reiss pisał do ŻKN: „nie wiemy co u Was się dzieje obecnie. W międzyczasie zaszły dwie zmiany, a w pierwszym rzędzie powstanie w Warszawie. Warszawa znów spełnia wielkie historyczne zadanie – a według naszego przekonania wy jesteście z tym zadaniem organicznie związani. W naszych myślach jesteśmy u Was – wypatrujemy sygnałów od Was, wyczekujemy wieści co z Wami”. Korespondencja ta dotarła jednak do adresatów, drogą kurierską, dopiero w październiku 1944 r.

Znamienne, że komendant ŻOB (a później także Komitet Centralny Bundu) nie nawoływał do tworzenia bojowej jednostki żydowskiej ani nie wzywał Żydów do przyłączenia się do swego oddziału. Abstrahując od przewidywanych trudności związanych z napływem rozproszonych w różnych dzielnicach ochotników na miejsce koncentracji, owa wstrzemięźliwość mogła być spowodowana niejasnym statusem oddziału ŻOB, niepewnością co do jego przyszłości, jak i względami natury politycznej. Jednym z nich musiała być świadomość, że dowództwo AK, co dowodnie pokazuje fiasko inicjatywy stworzenia żydowskiego oddziału bojowego przed powstaniem, nie było powołaniem takiej formacji zainteresowane. Nie precyzowano też, w jakich oddziałach należało kontynuować „walkę i opór”.

Ostatecznie grupa Cukiermana weszła w skład Armii Ludowej. Trzeba mocno podkreślić, że zadecydowała o tym nie tylko odmowa przyjęcia w szeregi AK. Cywia Lubetkin zwraca uwagę na odmienną reakcję na ofertę ŻOB ze strony AL: „Dowiedzieliśmy się, że niedaleko nas, na Starym Mieście, koncentrują się znaczne siły AL, a w jej sztabie są ludzie, z którymi pozostawaliśmy w bliskim kontakcie przed wybuchem powstania. W sztabie przyjęto nas serdecznie, przyjaźnie”. Z kolei sam Cukierman w swych wspomnieniach wielokrotnie podkreśla, że już wcześniej był zdecydowany na połączenie się z AL: „Chociaż wiedziałem, że moje miejsce jest w szeregach AL, prowadziłem pertraktacje również z AK. Przyjęliśmy wybuch powstania z uczuciem, którego nie umiem opisać; czuliśmy, że koniec końców nadeszła chwila zemsty na Niemcach. Nazajutrz usiedliśmy i napisaliśmy słynną odezwę. Ja napisałem polską wersję. Tekst był bardzo dyplomatyczny, to znaczy bez emocji, bez ideologii. (…) Nie mówiliśmy, do kogo konkretnie powinni się przyłączyć. My postanowiliśmy przyłączyć się do AL. Nie mogłem jednak decydować za innych”. Z jego punktu widzenia był to wybór naturalny i logiczny. Była już mowa o tym, że od lata 1943 r. kontakty przedstawicieli ŻOB z komunistami zacieśniały się, przy jednoczesnym ochłodzeniu stosunków z AK – i to pomimo osobistej zażyłości między Cukiermanem a Wolińskim.

Nie bez znaczenia było i to, że akces do AL był końcem ukrywania się: „Tutaj nie jestem Stanisławem Bagniewskim [na takie nazwisko wystawione były jego dokumenty – B.E. i D.L.]. Tutaj jestem Icchakiem Cukiermanem”. Oddział ŻOB stanowił jedyną stricte żydowską formację bojową w szeregach powstańczych. Na początku sierpnia 1944 r. jej stan osobowy miał wynosić dwadzieścia dwie osoby. W jego składzie znaleźli się zarówno weterani powstania w getcie warszawskim, jak i działacze polityczni. Z czasem jego liczebność zwiększyła się o grupę ochotników (jednym z nich był Zygmunt Warman, były sekretarz Judenratu w warszawskim getcie). Podstawowe uzbrojenie stanowiły pistolety i granaty. Już w trakcie walk grupa została dozbrojona. Część uzbrojenia, między innymi materiały wybuchowe, pozostała jednak w bazie na Lesznie i została utracona. Cukierman miał odmówić przyjęcia funkcji dowódczych proponowanych mu przez sztab AL. Jego grupa weszła w skład powstającego III batalionu AL jako samodzielny pluton ŻOB. Podlegała porucznikowi „Witkowi” (Wacław Pałatyński). Trudno dziś odtworzyć pełną listę członków oddziału. Należeli do niego m.in. Cywia Lubetkin, Marek Edelman, Simcha Rotem (po formalnym przejściu z jednostki AK, do której przyłączył się w pierwszych godzinach powstania – o czym dalej), Sara Biderman, Irena Gelblum, Tuwia Borzykowski, Julian Fiszgrund oraz Józef Sak.

We wspomnieniach ŻOB-owców powtarzają się wzmianki o początkowej niechęci do przydzielania żydowskiemu oddziałowi zadań bojowych, mającej swe źródło w przekonaniu sztabu AL, że ocalałych Żydów powinno się ochraniać. Cukierman i jego ludzie sprzeciwili się jakiejkolwiek taryfie ulgowej. Ostatecznie oddział został przydzielony do obrony jednej z barykad przy ulicach Mostowej i Rybaki. Przez kilka dni brał udział w ciężkich walkach o budynek zwany „Czerwonym Domem” przy ul. Bugaj. Niemcy zdobyli go 13 sierpnia i stąd ostrzeliwali pozycje powstańców w rejonie ulic Boleść, Mostowej i Rybaki. Przez kilka dni oddziały AK i AL próbowały odzyskać ten niezwykle ważny ze strategicznego punktu widzenia obiekt. 16 sierpnia szturm zakończył się sukcesem – załogę niemiecką zmuszono do ucieczki, a dom częściowo wysadzono. Nie udało się go jednak utrzymać. Ciężkie walki na tym odcinku toczyły się jeszcze przez wiele dni.

Icchak Cukierman tak wspominał walki o „Czerwony Dom”: „Kierując się poczuciem odpowiedzialności nie chciałem przyjąć dowodzenia barykadą na Mostowej. Naprzeciw nas stał »Czerwony dom« (…). Dowódcy z ramienia AL zmieniali się, ale zawsze naradzali się ze mną. Zgodnie z ustaleniami walczyliśmy przez 24 godziny na barykadzie, a przez następne 24 godziny odpoczywaliśmy na zapleczu. 24 godziny byliśmy bez snu, aż przychodzili nas zastąpić. Barykadę zbudowaliśmy w odległości około 100 metrów od »Czerwonego domu«, w którym siedzieli Niemcy. Słyszeliśmy ich głosy, widzieliśmy sterty rupieci i kamieni w głębokim okopie. Lepiej czuliśmy się na barykadzie niż w czasie odpoczynku na »zapleczu«. Na barykadzie nie byliśmy zagrożeni przez niemieckie samoloty i artylerię. Niemcy nie mogli ostrzeliwać nas ze względu na bliskie sąsiedztwo z »Czerwonym domem«. (…) Mieliśmy takie dziwne szczęście, że domy legły w gruzach w czasie, gdy my byliśmy na barykadzie, i nie mieliśmy dokąd wrócić. Ale zawsze znajdowaliśmy schronienie; był ktoś, kto się o nas troszczył. (…) Tym, co nas uratowało, był – być może – strach przed bunkrami i piwnicami. Nie schodziliśmy do nich nie dlatego, że byliśmy wielkimi bohaterami, ale dlatego, że baliśmy się, że zostaniemy zasypani w nich żywcem”.

W połowie sierpnia oddział został podzielony. Na polecenie Cukiermana „Kazik”, który zdążył wcześniej – jako że miał doświadczenie w tym zakresie – wziąć udział w wytyczeniu drogi kanałami na Żoliborz, został wysłany na Leszno 18 z zadaniem zabezpieczenia archiwum oraz stworzenia tam bazy. W skład przydzielonej mu grupy wchodzili m.in. Irena Gelblum, Sara Biderman, Stefan Grajek i Józef Sak. Rotem jeszcze po latach nie taił sceptycyzmu wobec tego pomysłu: „Antek i Cywia wezwali mnie do siebie i otrzymałem rozkaz pójścia na Leszno do mieszkania, które opuściliśmy zaraz na początku Powstania. Widząc moje bezgraniczne zdumienie, Antek zaczął mi tłumaczyć, że jego rozkaz jest wynikiem wielkiego zaufania, jakim mnie darzy. Ale ja nadal nie rozumiałem, o co chodzi. Wtedy powiedział: »Popatrz naokoło, na kim ja mogę polegać? Na Lesznie jest archiwum partii, w ogóle tam jest wszystko – dokumenty, listy, wszystko, co jest ważne i co trzeba uratować dla historii«. Na zakończenie wyjawił, kto jeszcze ma ze mną iść. Byłem wściekły, bo w większości byli to ludzie nie nadający się do walki. Uważałem, że ta wyprawa jest samobójstwem. (…) W każdym razie, żeby się przebić, trzeba było przejść przez ostatnie linie powstańców i iść w kierunku linii niemieckich. Do dziś trwa we mnie pewność, że nie było po co narażać się dla historii, dla papierów. Kiedy odmówiłem, doszło między nami do strasznej kłótni, ale ostatecznie nie mogłem przecież nie wykonać rozkazu”. Mimo że osiągnięto cel (w mieszkaniu cały czas przebywała łączniczka ŻOB Maria Sawicka), zadania nie udało się wykonać. Niemcy podłożyli ogień pod kamienicę, wszyscy uczestnicy wyprawy musieli ukryć się w piwnicach, gdzie przebywali kilka tygodni, tracąc ostatecznie kontakt z oddziałem.

Przed spodziewanym upadkiem Starówki sztab AL czynił przygotowania do wyprowadzenia swoich sił z tej dzielnicy. Według niektórych historyków, oddział Cukiermana miał znaleźć się w pierwszej, blisko stuosobowej grupie aktywu PPR, nieuzbrojonych żołnierzy oraz rannych, która przeszła kanałami na Żoliborz 25 sierpnia 1944 r. Oprócz plutonu ŻOB w tej grupie miała się znaleźć również pewna liczba Żydów greckich uwolnionych z Gęsiówki (o tej grupie walczących w powstaniu Żydów będzie mowa dalej). Ze wspomnień Cukiermana i Borzykowskiego wynika jednak, że ewakuacja nastąpiła kilka dni później, już po zbombardowaniu kamienicy przy ul. Freta 16, w której mieścił się sztab AL (26 sierpnia) – ŻOB-owcy uczestniczyli w akcji ratunkowej. Marek Edelman datuje opuszczenie Starego Miasta na 29 sierpnia. Żaden z nich nie wspomina o kontrowersjach czy konfliktach między dowództwem AK na Starym Mieście i AL, związanych z samowolną ewakuacją jej oddziałów.

Icchak Cukierman tak opowiadał po latach o przejściu oddziału ŻOB na Żoliborz: „Byłem odpowiedzialny za kilkuset powstańców i gdy dano nam znak – zeszliśmy do kanałów. Szedłem na przedzie razem z przewodnikiem, który prowadził na całej trasie. Weszliśmy od razu do głównego systemu kanałów. Były miejsca, w których musiałem się schylać, ale nie na całej trasie. Za mną szli nasi ludzie: Marek Edelman, a za nim Cywia; Tuwia był z nami przez cały czas. I tak szliśmy godzinami, szeregiem, dziesiątki ludzi. Nad ranem doszliśmy do miejsca, w którym woda rozchodziła się w trzech kierunkach. I tu przekonałem się o zbrodniczej przebiegłości Niemców: rozpięli sznurek w ten sposób, że każdy kto przechodził przez kanał musiał go dotknąć, nie zdając sobie z tego wcale sprawy. (…) To był dla nich znak, by wrzucić do kanałów granaty. (…) Kilka osób odniosło obrażenia. Na szczęście tylko lekkie. Zrobiło się wielkie zamieszanie. Ludzie, którzy byli z tyłu, zaczęli uciekać. My, Żydzi, nie mieliśmy dokąd uciekać; nie mieliśmy dokąd wracać. Musieliśmy iść dalej. (…) Ci, którzy wycofali się i zawrócili, nie przeżyli”.

Po dotarciu na Żoliborz Cukierman skontaktował się z mieszkającymi tu działaczami ŻKN i „Żegoty” – małżeństwem Bermanów. Basia Temkin-Bermanowa tak opisała w swoim dzienniku pod datą 30 sierpnia scenę spotkania: „otwierają się drzwi i wchodzi dziwna procesja. Na czele bosy, obszarpany, z obwiązaną, rozkudłaną głową, w niemieckiej pelerynie kroczy Antek [Cukierman], za nim jakaś drobna dziewczyna z czołem i szyją w plastrach i opatrunkach, w której domyślam się Cywii [Lubetkin], potem jakiś czarny chłopiec w wojskowej czapce i długim gumowym płaszczu, który prawie wlecze się za nim po ziemi. Nie znam go, okazuje się, że to Marek [Edelman]. Zaczynamy się całować, łzy nas dławią. Tydzień przedtem dowiedzieliśmy się najpierw z biuletynu AL, gdzie w komunikacie ŻOB-u wzywał wszystkich Żydów do walki z Niemcami”. Na Żoliborzu Cukierman łączył działalność polityczną i bojową z obowiązkami wynikającymi z konieczności opieki nad ludnością żydowską. W tej dzielnicy przebywało stosunkowo wielu Żydów, wśród nich członkowie ŻOB: Hersz Berliński „Jeleń” – dowódca grupy bojowej Poalej Syjon-Lewicy w powstaniu w getcie; bojowiec, a później partyzant Eliahu Erlich oraz łączniczka ŻKN Pola Elster „Ewa”. Wszyscy troje nawiązali kontakt z przybyłą ze Starego Miasta grupą Cukiermana; zginęli w ostatnich dniach powstania na Żoliborzu (w niektórych opracowaniach pojawia się data 27 września) w niewyjaśnionych okolicznościach. W kwietniu 1945 r. pochowano ich na cmentarzu żydowskim przy ul. Okopowej.

Basia Temkin-Berman z siostrą

Grupa ŻOB-owców została włączona do żoliborskich struktur AL wzmocnionych oddziałami przybyłymi ze Starego Miasta. ŻOB-owcy znajdowali się w różnych miejscach. Borzykowski w połowie września trafił na pozycję w domkach policyjnych w okolicach pl. Lelewela. Był tu też przez pewien czas Edelman. Na tej pozycji zginął 19 września Henryk Woźniak „Hiszpan”, jeden z dowódców AL. 29 września Borzykowski dotarł na ul. Krasińskiego. Cukierman wziął aktywny udział w ostatnich walkach: „Niemcy zaczęli atakować od strony Dworca Gdańskiego, a potem i z innych – i na pewnym etapie zorientowaliśmy się, że jesteśmy otoczeni. Zostawiłem wszystkie inne sprawy i przyłączyłem się do walczących towarzyszy. Nie zostałem jednak z nimi na długo, bo formowano specjalną jednostkę uzbrojoną w broń przeciwczołgową. My nie znaliśmy tej broni, zrzuconej przez Rosjan. Uformowana została mieszana jednostka AK i AL, a ja zostałem mianowany jej dowódcą. Nie wiedzieliśmy, jak posługiwać się tą bronią, ale raz czy dwa widziałem, jak działa, i wyszedłem razem z nimi. Był to już ostatni dzień walk. Niemieckie czołgi sunęły na tereny znajdujące się jeszcze w rękach powstańców”. W ogólnym zamieszaniu grupa uległa rozproszeniu. Cukierman został ogłuszony.

Na innej pozycji był Marek Edelman: „Kiedy Żoliborz się poddał, znajdowałem się w jednym z tych domków, jakie zbudowano tam dla policjantów. Pozostałem przy życiu jako jedyny z grupy dwudziestu jeden osób, które go zajmowały. To był czysty przypadek. Również w sąsiednim domku przy życiu został tylko jeden człowiek, »Karol«. Widzieliśmy, że ludność zaczyna pakować dobytek, aby zgodnie z warunkami kapitulacji opuścić miasto. (…) Wszedłem do jakiejś kamienicy. Była tam wielka piwnica, kilkaset stojących osób i dziewczyna, odwrócona plecami do wszystkich, oparta o ścianę. Trzymała ogromny karabin. Pomyślałem: »To Celina«. Podszedłem i rzeczywiście, to była ona. Płakała. »Dlaczego płaczesz?« – spytałem. Powiedziała, że kiedy nastąpiła kapitulacja, stała na warcie. Ale nikt nie zadał sobie trudu, by jej powiedzieć, że powstanie jest skończone. I tak zostawili ją tam, z tym karabinem. Wszędzie wisiały już białe płachty, ale ona nie dostała rozkazu zejścia z posterunku, więc nadal stała na warcie. Aż wreszcie ludzie ją przepędzili”. Po nieudanej próbie przeprawy przez Wisłę 30 września i podpisaniu kapitulacji Lubetkin, Cukierman, Edelman, Borzykowski, Fiszgrund, Warman i Teodozja Goliborska, tak jak wielu innych Żydów, wybrali pozostanie w ruinach. Ukryli się wraz z kilkoma innymi Żydami opustoszałej willi przy ul. Promyka 41, gdzie mieli spędzić 42 dni. Piszemy o tym dalej.

Nie wszyscy dawni ŻOB-owcy wstąpili do oddziału Cukiermana. Już 1 sierpnia łączniczka ŻOB Rywka Moszkowicz („Zosia”) została ciężko ranna i wkrótce zmarła w szpitalu przy Śliskiej. Inne łączniczki ŻOB – lekarka Adina Blady-Szwajger i Alina Margolis – mieszkające przed powstaniem w lokalu konspiracyjnym przy Miodowej 24, pozostały poza oddziałem, gdyż pierwszego dnia powstania otrzymały inny przydział. Adina Blady-Szwajger tak opisała ten dzień w swoich wspomnieniach: „O godzinie siedemnastej usłyszałam strzały. Wybiegłam na schody. Tego wrażenia nie zapomnę. Po schodach zbiegał – oficer polski! W mundurze Brygady Karpackiej! Wszyscy płakali i ja z nimi. W suterynie (…) urządzał się szpital polowy. Podeszłam do komendanta. Był to major »Pobóg« (…), przedstawiłam się, powiedziałam, kim jestem i natychmiast zostałam zaliczona w poczet personelu szpitala. (…) Oprócz mnie ujawniło się jeszcze dwóch lekarzy żydowskich. (…) Pierwsze dni powstania minęły w euforii. Starówka była nasza, rozbito magazyny Wehrmachtu na Stawkach i tam zdobyto konserwy, wino i niemieckie mundury. Powstańcy, dotychczas w większości w cywilnych ubraniach, z opaskami biało-czerwonymi, przebrali się w panterki i hełmy. Nie wiedzieliśmy, co dzieje się w innych dzielnicach. (…) Szpital szybko wypełnił się rannymi”. Obie były w kontakcie z walczącymi kolegami, mimo że w skład oddziału nie weszły. Potem, po ewakuacji kanałami, znalazły się w Śródmieściu i aż do kapitulacji pracowały w szpitalu przy Marszałkowskiej. Warszawę opuściły 11 października 1944 r. Obie wzięły wkrótce udział w ewakuacji resztek oddziału ŻOB z Żoliborza.

Inaczej potoczyły się losy kolejnych weteranów powstania w getcie, a później partyzantów w lasach wyszkowskich – małżeństwa Maszy Glajtman-Putermilch i Jakuba Putermilcha oraz Bronka Szpigla. Wszyscy troje zimą 1943 r. powrócili do Warszawy i ukrywali się przy ul. Żelaznej 64. Podobnie jak wielu Żydów ochotników, mieli trudności ze wstąpieniem do AK. Masza Glajtman-Putermilch w rozmowie z Anką Grupińską wspominała ten epizod swej biografii bardzo lakonicznie: „Chcieliśmy wstąpić do powstania, razem z Markiem [Edelmanem?] i innymi. Na Żelaznej spotkaliśmy oficera polskiego z AK, chcieliśmy walczyć jako grupa żydowska, ale oni się nie zgodzili… (…) Każdy poszedł walczyć na własną rękę. (…) Miałam swoją broń, ale nie od AK. Mój mąż Jakubek był na barykadach, a ja miałam takie zadanie, żeby kuchni polowej doglądać. (…) Byliśmy na Żelaznej, Twardej, na Topieli i na Tamce, a potem długo na Wareckiej”. Po upadku ukrywali się w bunkrach, aż do zajęcia ruin Warszawy przez Armię Czerwoną. Wraz z nimi ukrywała się Chajka (Halina) Bełchatowska. Również ona miała za sobą walkę w powstaniu w getcie oraz epizod partyzancki w lasach wyszkowskich.

Pewne światło na sprawę akcesu tej grupki do AK rzuca relacja ukrywającego ich Polaka, a zarazem łącznika ŻOB, Władysława Świętochowskiego. Pisał on: „Powstanie sierpniowe pozostawiło u mnie osad goryczy. (…) Byłem powstańcem, jak tysiące innych młodych ludzi chwyciłem za broń. Moi koledzy żydowscy również chwycili za broń. Gdy parokrotnie proponowałem, aby żydowscy bojowcy utworzyli samodzielny oddział powstańczy (…), ciągle napotykałem na opór i sprzeciw. Energicznie się temu przeciwstawił dowodzący oficer, dowództwo i ksiądz proboszcz naszej dzielnicy”. Materiał ten nie zawiera jednak żadnych konkretnych danych dotyczących jednostki AK.

Z relacji Zvi Flormana – żołnierza AK walczącego pod nazwiskiem Tadeusz Kaniowski – wypływa wniosek, że dystans wobec zgłaszających się do służby Żydów wynikał po części z przyczyn obiektywnych – nie wszyscy ochotnicy nadawali się do służby bojowej: „Siódmego dnia powstania przyprowadzili do naszej grupy trzech Żydów, to byli Żydzi z ŻOB, którzy zostali wysłani do nas aby uczestniczyć w powstaniu. Oczywiście przyjęliśmy ich, nie mogę powiedzieć, że przyjęliśmy ich dobrze, można powiedzieć nawet raczej zimno. Nazwisko jednego z nich pamiętam – Szpigel. On był członkiem Bundu, dziś jest w Szwecji albo w Kanadzie. Ten człowiek nigdy nie służył w wojsku, nawet na baczność nie potrafił stanąć. Przyjęliśmy tych ludzi do organizacji wojskowej, on nawet nie znając musztry uczestniczył. Tych trzech Żydów było przypadkowo w mojej grupie, bo Żydów posyłano do różnych jednostek. Oprócz Kledzika [znajomy, który wprowadził Flormana do AK] nikt w AK nie wiedział, że ja jestem Żydem. Nawet sami Żydzi nie wiedzieli”.

Na Mokotowie mieszkało czworo kombatantów ŻOB: bundowiec Janek Bilak, Chana Fryszdorf, Dow Szniper i Pnina Grynszpan-Frymer, którzy ukrywali się przy ul. Rakowieckiej 24. Szniper i Grynszpan-Frymer zaledwie kilka dni przed powstaniem wrócili do miasta – od wyjścia z getta w maju 1943 r. działali w partyzantce; Fryszdorf też była w oddziale partyzanckim i wróciła do Warszawy już wcześniej. Po wybuchu powstania zostali zmuszeni do opuszczenia kryjówki. Byli uzbrojeni w rewolwery. Szybko, podobnie jak wielu innych przypadkowych ludzi, zostali zatrzymani. Gdy okazało się, że są prowadzeni w kierunku siedziby gestapo, Szniper otworzył ogień i został zastrzelony. Zginął też Bilak. Pninie Grynszpan-Frymer udało się uciec i przejść do sektora zajmowanego przez powstańców, gdzie… z miejsca trafiła do aresztu jako podejrzana o szpiegostwo. (Na ten temat piszemy w rozdziale III).

Gupa bojowników z ŻOB która dołączyła do partyzantki. Fotografia zrobiona w Nowym Dworze w 1944 roku. Na fotgrafii od prawej: Jakov Bilek , Gabriel Fryszdorf, Chana Fryszdorf , Yurek Kiriat Sefer, Yakov Celminski, Chancza Papier, Yakov Putermilch, Dov Szniper.

Nieznany pozostaje los kilku ŻOB-owców, których wybuch powstania zastał na Okęciu. Pewne jest tylko, że ponieśli śmierć.